Od lat z zazdrością czytam kulinarne blogi, których autorki
robią zakupy na targu. O świcie wsiadają na rowery, by kilka minut później
wdychać aromaty świeżych jabłek, testować jędrność pomidorów czy przebierać wśród pęczków ziół, wciąż mokrych
od porannej rosy. Ja, po warzywa chodzę do pobliskiego spożywczaka. Sklep jest
pod ręką, zakupy robię szybko, tylko jakiejś magii brak.
Ratusz, park, stadion sportowy czy centrum handlowe - to
stałe elementy miejskiego krajobrazu. Podobnie jak targowiska. A w Białymstoku
z nimi krucho. Bo, gwoli wyjaśnienia, mam na myśli targi warzywne. Takie, na
których można również kupić jajko od szczęśliwej kury i swojski ser.
Ulokowanych w środku miasta albo osiedlowych.
Legendarny bazar przy Jurowieckiej nie istnieje od kilku
lat. Bardzo dobrze, bo choć mogliśmy tam zdobyć mydło i powidło, ryneczek (jak
pieszczotliwie mówili mieszkańcy) zajmował kawał reprezentacyjnego miejsca,
wyglądając i pachnąc przy tym wyjątkowo nieładnie. Nie brakuje mi bud z
chińszczyzną, ale za warzywnymi straganami wzdycham z tęsknotą. Tyle gatunków dobrodziejstwa
w jednym miejscu! Sprzedawczynie zachęcały do próbowania, która śliwka słodsza,
twardsza, która będzie odpowiednia na dżem, a którą najlepiej schrupać na
surowo.
Sceptycy powiedzą: e tam, owoców prosto od rolnika było tam
jak na lekarstwo, większość to jedno paskudztwo kupione na giełdzie. Ja powiem:
e tam, byli tam i typowi handlarze i prawdziwi rolnicy, ostatecznie wszyscy
wychodzili zadowoleni.
Tymczasem miasto postanowiło przeprowadzić w swoim sercu
skomplikowaną operację. W okolicy Jurowieckiej i Piłsudskiego powstaną drogi
pierwszej klasy i przejścia podziemne. W miejscu słynnego targowiska pojawi się
galeria. Nie sztuki, handlowa oczywiście. Znów będą butiki, restauracje i
hotel. Będzie ładnie, czysto, nikt więcej w tej okolicy nie zatka nosa. Jednak
warzywa tu nie wrócą. Nadal będę robić zakupy w spożywczaku i zazdrościć innym
miastom.
No właśnie, niby są sprzedawcy przy Opałku, ale tam nie każdemu po drodze. Niby jest na Wierzbowej przy Kręgu bazar, przeniesiony z Jurowieckiej, ale tam jeszcze mniej ludzi ma po drodze. Najlepiej było, jak był na Jurowieckiej, bo o centrum każdy może zahaczyć. A jechać po kilka warzyw aż na Andersa nie każdemu się chce. Dobrze, że czasem się zdarzy jakiś niezły warzywniak w okolicy, ale i tak najlepiej jest kupować produkty (no, może nie nabiał w tym przypadku), które nałapały się odpowiednio dużo słońca.
OdpowiedzUsuńAle jeśli chodzi o istnienie targowisk, to jeszcze pół biedy - gorzej według mnie z różnorodnością warzyw. Wprawdzie nie byłam jeszcze na bazarze na Wierzbowej, ale nawet na Jurowieckiej kiedyś nie widziałam nigdy, np., karczochów czy fioletowej marchwi...