poniedziałek, 16 kwietnia 2012


Domorośli artyści wychodzą na ulice

Muminki atakują!

W ostatnich miesiącach, na białostockich murach mnożą się kolorowe malunki. Sztuka to czy akt wandalizmu? Jakiś czas temu, skręcając z ulicy M.C. Skłodowskiej w Waszyngtona, w moje oko wpadł najprawdziwszy obraz malarski. Nie mogę stwierdzić, że to, co ujrzałam było dziełem sztuki. Jednak fakt, że do banalnej metalowej skrzynki z plakietką ostrzegawczą "nie dotykać, urządzenie elektryczne", ktoś przytwierdził deskę ze strukturą gipsową pomalowaną w abstrakcyjne formy, jest dość niezwykły. Autor utworu plastycznego nie złożył na nim podpisu, nikt nie dołączył do obrazu informacji skąd i w jakim celu wziął się w miejscu tak powszednim. W przestrzeni Białegostoku coraz częściej pojawiają się pozbawione kontekstu rysunki. Na starym domu przy Staszica zamieszkały Muminki, a w tunelu na Składowej obserwują nas zielonogłowe stwory w czerwonych czapkach. W różnych punktach miasta możemy natknąć się na Mario, bohatera superpopularnej gry komputerowej. Na pierwszy rzut oka, to co widzimy wydaje się absurdalne, bo jaki związek z rozpadającym się budynkiem mieszkalnym ma bajkowa postać? Nie dość, że nie wiadomo o co chodzi, to jeszcze obrazki pojawiają się nielegalnie! – Miejskie mury nie są miejscem dla takiej sztuki, według mnie to zwyczajne niszczenie dobra wspólnego – mówi mijająca jeden z rysunków pani Maria Gryczko, emerytka. – A moim zdaniem takie malunki są ciekawą ozdobą szarego, miejskiego otoczenia – stwierdza 21-letnia Białostoczanka, Magdalena Popławska – czasem idziesz smutny, nagle widzisz na niepozornej ścianie taką zabawną żabę i od razu chcesz się uśmiechnąć. Odbijane na murach szablony, graffiti czy wlepki – małe naklejki, od lat poprawiają humory mieszkańcom miast. Są antidotum na nieprzyjemną estetycznie rzeczywistość. – Kiedy byłem w szkole średniej, podróże zdezelowaną komunikacją miejską nie należały do najciekawszych. Wtedy pojawił się pomysł aby nieco uatrakcyjnić rozklekotane wnętrza białostockich autobusów. Kilka arkuszy papieru przylepnego, zestaw cienkopisów i zaczęło się – mówi Piotr Zaik Zajkowski, pasjonat wlepkarstwa – później natykałem się na swoje dzieła w przestrzeni miasta, a widząc uśmiechy przechodniów, czułem się szczęśliwy i wiedziałem, że moja praca nie poszła na marne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz