Laureat „Paszportu Polityki”, nominowany do
literackiej nagrody Nike. Znany, sławny, doceniany prozaik chętnie opowiada o
warsztacie literata, zatwardzeniu twórczym i polowaniu na słowo. Z Ignacym
Karpowiczem rozmawia Justyna Rogowska
– Podobno nie znosi Pan pytań o literackie
inspiracje. Wobec tego przekornie zapytam o książkę, która kiedyś mogła
wzruszyć małego Ignasia, wstrząsnąć jego wrażliwą osobowość.
– „Król Maciuś
na bezludnej wyspie” Korczaka sprawiła, że płakałem kilka godzin. W pewnym
sensie ta książka zniszczyła mnie psychicznie. Zrozumiałem wtedy, że literatura
może być potężna.
– Stwierdził Pan kiedyś przekornie, że
czyta Pan na zmianę Pudelka i Lacana. Czym dla Pana jest popkultura?
– Wszelkie
komercyjne twory bawią mnie do łez. W książkach takich jak „Zmierzch” zarówno
autor, jak i czytelnik się odsłaniają. Popkultura to nie tylko emocjonalny
ekshibicjonizm, to także zaspokajanie potrzeby świata jasnego, bliskiego.
– Wiem już zatem jaka literatura Pana
śmieszy, jaka wzrusza. Pozostaje pytanie co Pana interesuje?
– Bywają to
bardzo osobliwe lektury. W zależności od nastroju może to być historia
literatury buddyjskiej lub miesięcznik „Traktor”, którego byłem wiernym
czytelnikiem. Pracując nad powieścią, wielokrotnie dokształcam się w
dziedzinie, w której specjalizuje się konstruowana przeze mnie postać. Jeżeli
mój bohater jest specjalistą od fortyfikacji, czytam literaturę militarną.
– Proszę opisać dzień pracy pisarza?
Wyznacza Pan sobie jakiś harmonogram?
– Około 6 rano budzi
mnie mój pies, karmię go, sam też jem śniadanie i pomimo zmęczenia próbuję
pisać, potem znowu idę spać. Jednak najbardziej efektywny jestem między północą
a 3 w nocy, kiedy zaczadzony papierosami, z niezobowiązującą muzyką w tle,
pracuję na pełnych obrotach.
– Jak wygląda zmaganie się z własnym
warsztatem?
– Polowanie na
słowo jest ciągłym szukaniem tematów, problemów, tytułów. Zazwyczaj stawiam na
coś, co mnie interesuje, bywa przemilczane lub po prostu niewygodne dla
społeczeństwa. Oczywiście, że dopada mnie czasem zatwardzenie twórcze, kiedy
muszę się cofać w narracji, wyrzucać fragmenty powieści, opisywać dany wątek od
nowa. Jednak najczęściej towarzyszy mi ciekawość. Pisząc, sam chcę się czegoś
dowiedzieć.
– Co
Pan poradzi studentom, którzy chcą zacząć publikować? Czy droga z szuflady do
redakcji pełna jest wyboista i długa?
– Pisma i wydawnictwa
literackie nie są hermetycznym środowiskiem. Trzeba pisać, wysyłać i wierzyć w
siebie. Chociaż odrobina pokory nie zaszkodzi. Jeśli kilka osób twierdzi, że
wasze prace są do niczego, to prawdopodobnie mają rację.
– Studiował Pan w Warszawie. W debiutanckim
„Niehalo” przedstawia Pan frustracje białostockiego studenta. Co Pan może
wiedzieć o życiu studenckim w Białymstoku, skoro Pana tutaj nie było?
– Koledzy z
liceum wylądowali na białostockiej polonistyce. Właśnie od nich otrzymywałem
bardzo krytyczną relację. Nasłuchałem się o wykładowcach kuriozach,
zatwardziałych w swych prawicowych poglądach, zacofanych, niechętnych zmianom.
Cóż, nie trenowany umysł pracuje coraz wolniej.
– Czy Pan również dostrzega tak dużą liczbę
białostockich absurdów rzeczywistości?
– W moim
odczuciu Białystok jest takim samym miastem jak każde inne, nie widzę tu
żadnych specyficznych zachowań. Zresztą uważam, że pula idiotów jest taka sama
w każdym mieście. Jedynym zaskoczeniem jest brak wyraźnego akcentu na
istniejącą w tym rejonie wielokulturowość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz