poniedziałek, 9 kwietnia 2012

O warsztacie Karpowicza



Laureat „Paszportu Polityki”, nominowany do literackiej nagrody Nike. Znany, sławny, doceniany prozaik chętnie opowiada o warsztacie literata, zatwardzeniu twórczym i polowaniu na słowo. Z Ignacym Karpowiczem rozmawia Justyna Rogowska

Podobno nie znosi Pan pytań o literackie inspiracje. Wobec tego przekornie zapytam o książkę, która kiedyś mogła wzruszyć małego Ignasia, wstrząsnąć jego wrażliwą osobowość.
– „Król Maciuś na bezludnej wyspie” Korczaka sprawiła, że płakałem kilka godzin. W pewnym sensie ta książka zniszczyła mnie psychicznie. Zrozumiałem wtedy, że literatura może być potężna.
– Stwierdził Pan kiedyś przekornie, że czyta Pan na zmianę Pudelka i Lacana. Czym dla Pana jest popkultura?
– Wszelkie komercyjne twory bawią mnie do łez. W książkach takich jak „Zmierzch” zarówno autor, jak i czytelnik się odsłaniają. Popkultura to nie tylko emocjonalny ekshibicjonizm, to także zaspokajanie potrzeby świata jasnego, bliskiego.
– Wiem już zatem jaka literatura Pana śmieszy, jaka wzrusza. Pozostaje pytanie co Pana interesuje?
– Bywają to bardzo osobliwe lektury. W zależności od nastroju może to być historia literatury buddyjskiej lub miesięcznik „Traktor”, którego byłem wiernym czytelnikiem. Pracując nad powieścią, wielokrotnie dokształcam się w dziedzinie, w której specjalizuje się konstruowana przeze mnie postać. Jeżeli mój bohater jest specjalistą od fortyfikacji, czytam literaturę militarną.
– Proszę opisać dzień pracy pisarza? Wyznacza Pan sobie jakiś harmonogram?
– Około 6 rano budzi mnie mój pies, karmię go, sam też jem śniadanie i pomimo zmęczenia próbuję pisać, potem znowu idę spać. Jednak najbardziej efektywny jestem między północą a 3 w nocy, kiedy zaczadzony papierosami, z niezobowiązującą muzyką w tle, pracuję na pełnych obrotach.
– Jak wygląda zmaganie się z własnym warsztatem?
– Polowanie na słowo jest ciągłym szukaniem tematów, problemów, tytułów. Zazwyczaj stawiam na coś, co mnie interesuje, bywa przemilczane lub po prostu niewygodne dla społeczeństwa. Oczywiście, że dopada mnie czasem zatwardzenie twórcze, kiedy muszę się cofać w narracji, wyrzucać fragmenty powieści, opisywać dany wątek od nowa. Jednak najczęściej towarzyszy mi ciekawość. Pisząc, sam chcę się czegoś dowiedzieć.
–  Co Pan poradzi studentom, którzy chcą zacząć publikować? Czy droga z szuflady do redakcji pełna jest wyboista i długa?
– Pisma i wydawnictwa literackie nie są hermetycznym środowiskiem. Trzeba pisać, wysyłać i wierzyć w siebie. Chociaż odrobina pokory nie zaszkodzi. Jeśli kilka osób twierdzi, że wasze prace są do niczego, to prawdopodobnie mają rację.
– Studiował Pan w Warszawie. W debiutanckim „Niehalo” przedstawia Pan frustracje białostockiego studenta. Co Pan może wiedzieć o życiu studenckim w Białymstoku, skoro Pana tutaj nie było?
– Koledzy z liceum wylądowali na białostockiej polonistyce. Właśnie od nich otrzymywałem bardzo krytyczną relację. Nasłuchałem się o wykładowcach kuriozach, zatwardziałych w swych prawicowych poglądach, zacofanych, niechętnych zmianom. Cóż, nie trenowany umysł pracuje coraz wolniej.
– Czy Pan również dostrzega tak dużą liczbę białostockich absurdów rzeczywistości?
– W moim odczuciu Białystok jest takim samym miastem jak każde inne, nie widzę tu żadnych specyficznych zachowań. Zresztą uważam, że pula idiotów jest taka sama w każdym mieście. Jedynym zaskoczeniem jest brak wyraźnego akcentu na istniejącą w tym rejonie wielokulturowość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz