Ten pierwszy dzień wiosny pamiętam jak dziś. Miałam trzy, może cztery lata. Mama zabrała mnie na przechadzkę. Co chwila, trzeba było zamykać moją pyzatą buzię, która rozdziawiała się w zachwycie. Ulicami, przemykali ludzie umalowani we wszystkie kolory świata, nieśli szmaciane kukły i śmiali się w głos. Urzekła mnie młoda dama w długiej spódnicy, zdobionej papierowymi kwiatami. Roztańczone, tęczowe wstążki w jej włosach hipnotyzowały i przenosiły z bezbarwnej ulicy Waryńskiego, do jakiejś nienazwanej, magicznej krainy.
Dwadzieścia lat później, 21 marca stoję na miejskim
przystanku. Pod zadaszeniem tłoczą się ludzie, chyba przypadkowi, bo pewności
nie mam - każdy z nich ma na sobie czarne buty, dżinsy i ciemną kurtkę.
Wyglądają identycznie, może więc się zmówili, stanęli tu i tylko udają obcych
sobie? Powaga na ich twarzach i uparte milczenie mogłyby potwierdzać, że jestem
świadkiem pantomimy. Mijam tego dnia setki ludzi, ale nikt nie ma we włosach
barwnych wstążek. Nigdzie nie dostrzegam szmacianej kukły, którą żegna się zimę.
O, nad stawem zebrała się jakaś grupa, jednak ktoś jeszcze pamięta, że dzień
dzisiejszy święcić trzeba! To chłopcy z pobliskiego technikum topią Marzannę w
piwie. Kiedy pytam znajomych nastolatków, dlaczego nikt już nie wita hucznie
wiosny, słyszę, że głupio tak wyjść wystrojonemu na ulicę, że to pośmiewisko, że
bez sensu.
Bez wątpienia pewnego dnia zrobi się ciepło, nawet bez
rytuałów przepędzających chłód. Wiosna to jednak nie tylko pora roku, to także
stan umysłu. Wychodząc 21 marca w przebraniu na ulicę nie podnosimy temperatury
powietrza, ale generujemy uśmiechy, które uzupełniają zapasy radości na
wszystkie gorsze dni.
Spektakle mają skłaniać do refleksji. Jeśli więc ludzie
spotkani na przystanku byli aktorami, są utalentowani, bo na długo wprawili
mnie w zadumę. Choć jestem zwolenniczką sztuki w przestrzeni publicznej, jedno
wiem na pewno: nie chcę oglądać smutnych pantomim na przystankach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz