piątek, 13 kwietnia 2012

Wyluzuj się publicznie


Siedzę na wykładzie. Bardziej leżę, bo w sali znajdują się bordowe miękkie pufy, na których każdy układa części ciała tak, jak mają ochotę być ułożone. Brązowe ściany szczelnie pokryto obrazami młodych zdolnych, które miały zostać skazane na zapomnienie. Ciemne wnętrze rozjaśniają beżowe, szydełkowe koronki w oknach, pewnie kupione za bezcen na targu staroci. Przez herbaciane abażury lamp sączy się ciepłe światło. W tych okolicznościach, mogłabym słuchać jeszcze i jeszcze.
Rozmarzyłam się, przepraszam. Mija piąta godzina, odkąd przywarłam swoją tylną częścią ciała do twardego krzesła. W sumie nie mam pewności, czy nadal właściwie przywieram, bo wspomnianej części od dawna nie czuję. Plecy bolą niemiłosiernie. Wiercę się jak owsik, w nadziei, że istnieje pozycja, która przyniesie mi ulgę. Cóż, przez cierpienie do gwiazd. Próbuję skupić się na słowach wykładowcy. Niestety, z prawej strony ciągle atakuje mnie wielka, pusta ściana w kolorze majtkowego różu, z dziurą w tynku wydłubaną na samym środku. Chcę stąd wyjść.
Młoda białostoczanka, absolwentka poznańskiego wzornictwa, Marzena Rusiłowicz, postanowiła zadbać o nasze pupy, kręgosłupy i oczy. Zaprojektowała nie tylko wygodny, ale też ładny fotel "Luzak", stworzony po to, by móc się wyluzować. Latem, będzie udostępniany mieszkańcom na czas imprez kulturalnych.
To świetna wiadomość, bo w naszym mieście raczej nie miewamy szans na bliskie spotkania ze sztuką użytkową. Na każdym kroku doświadczamy estetycznego lekceważenia. Wszelkie instytucje są urządzane bezmyślnie, byle było na czym przysiąść. Aranżując takie wnętrza, nikt nie myśli o ich wpływie na samopoczucie, choć spędza się w nich czasem długie godziny.
Nikt mi nie wmówi, że winę za taką sytuację ponosi przymus oszczędności. Wystarczy uruchomić wyobraźnię  i rozejrzeć się, żeby zrozumieć jak niewiele wkładu pieniężnego wymaga atrakcyjne urządzenie miejsca, na przykład publicznego. Wystarczy chcieć.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

O warsztacie Karpowicza



Laureat „Paszportu Polityki”, nominowany do literackiej nagrody Nike. Znany, sławny, doceniany prozaik chętnie opowiada o warsztacie literata, zatwardzeniu twórczym i polowaniu na słowo. Z Ignacym Karpowiczem rozmawia Justyna Rogowska

Podobno nie znosi Pan pytań o literackie inspiracje. Wobec tego przekornie zapytam o książkę, która kiedyś mogła wzruszyć małego Ignasia, wstrząsnąć jego wrażliwą osobowość.
– „Król Maciuś na bezludnej wyspie” Korczaka sprawiła, że płakałem kilka godzin. W pewnym sensie ta książka zniszczyła mnie psychicznie. Zrozumiałem wtedy, że literatura może być potężna.
– Stwierdził Pan kiedyś przekornie, że czyta Pan na zmianę Pudelka i Lacana. Czym dla Pana jest popkultura?
– Wszelkie komercyjne twory bawią mnie do łez. W książkach takich jak „Zmierzch” zarówno autor, jak i czytelnik się odsłaniają. Popkultura to nie tylko emocjonalny ekshibicjonizm, to także zaspokajanie potrzeby świata jasnego, bliskiego.
– Wiem już zatem jaka literatura Pana śmieszy, jaka wzrusza. Pozostaje pytanie co Pana interesuje?
– Bywają to bardzo osobliwe lektury. W zależności od nastroju może to być historia literatury buddyjskiej lub miesięcznik „Traktor”, którego byłem wiernym czytelnikiem. Pracując nad powieścią, wielokrotnie dokształcam się w dziedzinie, w której specjalizuje się konstruowana przeze mnie postać. Jeżeli mój bohater jest specjalistą od fortyfikacji, czytam literaturę militarną.
– Proszę opisać dzień pracy pisarza? Wyznacza Pan sobie jakiś harmonogram?
– Około 6 rano budzi mnie mój pies, karmię go, sam też jem śniadanie i pomimo zmęczenia próbuję pisać, potem znowu idę spać. Jednak najbardziej efektywny jestem między północą a 3 w nocy, kiedy zaczadzony papierosami, z niezobowiązującą muzyką w tle, pracuję na pełnych obrotach.
– Jak wygląda zmaganie się z własnym warsztatem?
– Polowanie na słowo jest ciągłym szukaniem tematów, problemów, tytułów. Zazwyczaj stawiam na coś, co mnie interesuje, bywa przemilczane lub po prostu niewygodne dla społeczeństwa. Oczywiście, że dopada mnie czasem zatwardzenie twórcze, kiedy muszę się cofać w narracji, wyrzucać fragmenty powieści, opisywać dany wątek od nowa. Jednak najczęściej towarzyszy mi ciekawość. Pisząc, sam chcę się czegoś dowiedzieć.
–  Co Pan poradzi studentom, którzy chcą zacząć publikować? Czy droga z szuflady do redakcji pełna jest wyboista i długa?
– Pisma i wydawnictwa literackie nie są hermetycznym środowiskiem. Trzeba pisać, wysyłać i wierzyć w siebie. Chociaż odrobina pokory nie zaszkodzi. Jeśli kilka osób twierdzi, że wasze prace są do niczego, to prawdopodobnie mają rację.
– Studiował Pan w Warszawie. W debiutanckim „Niehalo” przedstawia Pan frustracje białostockiego studenta. Co Pan może wiedzieć o życiu studenckim w Białymstoku, skoro Pana tutaj nie było?
– Koledzy z liceum wylądowali na białostockiej polonistyce. Właśnie od nich otrzymywałem bardzo krytyczną relację. Nasłuchałem się o wykładowcach kuriozach, zatwardziałych w swych prawicowych poglądach, zacofanych, niechętnych zmianom. Cóż, nie trenowany umysł pracuje coraz wolniej.
– Czy Pan również dostrzega tak dużą liczbę białostockich absurdów rzeczywistości?
– W moim odczuciu Białystok jest takim samym miastem jak każde inne, nie widzę tu żadnych specyficznych zachowań. Zresztą uważam, że pula idiotów jest taka sama w każdym mieście. Jedynym zaskoczeniem jest brak wyraźnego akcentu na istniejącą w tym rejonie wielokulturowość.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Nigdy więcej pantomimy



Ten pierwszy dzień wiosny pamiętam jak dziś. Miałam trzy, może cztery lata. Mama zabrała mnie na przechadzkę. Co chwila, trzeba było zamykać moją pyzatą buzię, która rozdziawiała się w zachwycie. Ulicami, przemykali ludzie umalowani we wszystkie kolory świata, nieśli szmaciane kukły i śmiali się w głos. Urzekła mnie młoda dama w długiej spódnicy, zdobionej papierowymi kwiatami. Roztańczone, tęczowe wstążki w jej włosach hipnotyzowały i przenosiły z bezbarwnej ulicy Waryńskiego, do jakiejś nienazwanej, magicznej krainy.
Dwadzieścia lat później, 21 marca stoję na miejskim przystanku. Pod zadaszeniem tłoczą się ludzie, chyba przypadkowi, bo pewności nie mam - każdy z nich ma na sobie czarne buty, dżinsy i ciemną kurtkę. Wyglądają identycznie, może więc się zmówili, stanęli tu i tylko udają obcych sobie? Powaga na ich twarzach i uparte milczenie mogłyby potwierdzać, że jestem świadkiem pantomimy. Mijam tego dnia setki ludzi, ale nikt nie ma we włosach barwnych wstążek. Nigdzie nie dostrzegam szmacianej kukły, którą żegna się zimę. O, nad stawem zebrała się jakaś grupa, jednak ktoś jeszcze pamięta, że dzień dzisiejszy święcić trzeba! To chłopcy z pobliskiego technikum topią Marzannę w piwie. Kiedy pytam znajomych nastolatków, dlaczego nikt już nie wita hucznie wiosny, słyszę, że głupio tak wyjść wystrojonemu na ulicę, że to pośmiewisko, że bez sensu.
Bez wątpienia pewnego dnia zrobi się ciepło, nawet bez rytuałów przepędzających chłód. Wiosna to jednak nie tylko pora roku, to także stan umysłu. Wychodząc 21 marca w przebraniu na ulicę nie podnosimy temperatury powietrza, ale generujemy uśmiechy, które uzupełniają zapasy radości na wszystkie gorsze dni.
Spektakle mają skłaniać do refleksji. Jeśli więc ludzie spotkani na przystanku byli aktorami, są utalentowani, bo na długo wprawili mnie w zadumę. Choć jestem zwolenniczką sztuki w przestrzeni publicznej, jedno wiem na pewno: nie chcę oglądać smutnych pantomim na przystankach.

czwartek, 8 marca 2012

Nie zasługuję na dzień kobiet


Od pierwszych dni marca, w witrynach sklepowych dumnie prezentują się tabliczki z napisem "dzień kobiet". Jedni, widząc taki obrazek prychają pod nosem, bo uważają to święto za przeżytek. Inni z entuzjazmem wbiegają do kwiaciarni po bukiety tulipanów.
- Dlaczego ósmego marca kupujesz swojej dziewczynie prezenty? - pytam kolegę. - Jak to dlaczego? - odpowiada wyraźnie zdumiony. - Płeć piękna zasługuje na swoje święto, kobiety są niezwykłe, bez nich świat byłby ponury i przerażający. - Na czym polega niezwykłość kobiet? - drążę temat. - Jesteście inne niż my, mężczyźni. Łagodne, kruche, wrażliwe. Poza tym, tak przyjemnie się na was patrzy.
Kobiety są z Wenus, mężczyźni z Marsa - podkreślają wszyscy chętnie, cytując tytuł bestsellerowej publikacji. Powtarzają to słynne zdanie bez zastanowienia, bo nad czym tu się zastanawiać, przecież to oczywiste, że świat męski i żeński leży na różnych planetach. Panowie koniecznie muszą być stanowczy, oszczędni w słowach i silni niczym Atlas. Panie są czułe, zatroskane, wciąż niezdecydowane i trajkoczą bez opamiętania. W jakiej człowiek nieświadomości nieraz trwa! Po dwudziestu kilku latach życia w skórze kobiety, dowiaduję się, że jestem mężczyzną!
Dzięki walecznym feministkom, nikt nie reaguje dziś zaskoczeniem na widok kobiety w spodniach, prowadzącej autobus, albo na ojców wychowujących dziecko. Jesteśmy jednak uzależnieni od szufladkowania i wyznaczania granic. Walka o równość często zamienia się w wojnę o lepszość. Na żyznym podłożu ponadczasowej, damsko-męskiej batalii wyrósł dzień kobiet. To nic innego, jak święto celebrujące podział, wynikający z niesprawiedliwych stereotypów.
Panowie, nie czarujcie się, kobiety nie są wysłanniczkami niebios, nie zasługują na wyjątkową cześć. Są takie jak wy, czasem kruche niczym szkło, czasem twarde jak stal. Szanujmy siebie bez względu na datę w kalendarzu, tak po prostu, po ludzku. Podziały zostawmy matce naturze.

piątek, 24 lutego 2012

Mniej znaczy więcej


Minimalizm - w ostatnim czasie słowo eksploatowane do granic możliwości. Słyszymy o minimalistycznej architekturze budynków i wnętrz, minimalistycznych potrawach, ubraniach, fryzurach i zabawkach. Ten popularny wyraz na "m" jest postawą życiową realizującą zasadę "im mniej, tym lepiej". Idealne motto na czasy zdominowane przez kryzys i konsumpcjonizm.
Kryzys, no właśnie. Znany dziś wszystkim doskonale, studentom bliski od zawsze. Biedny żak, to modny żak, bo jest minimalistą pełną gębą. Doskonale wie jak najmniejszym kosztem najeść się do syta. Na powiew świeżości w garderobie również znajdzie sposób.
Nieustannie ziejące pustką portfele nie sprzyjają zabawom z własnym wyglądem. Dobry wizerunek wymaga często sporych nakładów finansowych. Alternatywą dla butików pozostają wizyty w second handach, ale dla studenta nawet niewielki wydatek jest wydatkiem zbyt dużym. Najlepiej byłoby nabyć nowe ciuchy za darmo, a cuda się przecież nie zdarzają!
Owszem, zdarzają się na swap parties, akcjach wymiany bezgotówkowej, idealnie wpisujących się w minimalistyczny trend. Jedna z nich odbyła się 16 lutego w białostockim Klubie Fama. Kasia Zdrojewska, regularna uczestniczka tego typu imprez, cieszy się, że może nabyć nową rzecz bez wydawania morza pieniędzy, dodatkowo czyszcząc swoją szafę. - Zabieram ze sobą ubrania, które dostałam jako nietrafiony prezent lub te, które mi się znudziły – mówi.
Ilu spośród nas pochyla się nad obecnością bibelotów zalegających w szufladach latami, zapomnianych na zawsze, choć często nigdy nie używanych? Zamiast uszczuplać swój budżet i przestrzeń kolejną porcją przedmiotów, dajmy coś za coś - wymieniając spodnie na kurtkę zyskamy nowy ciuch i wspomnienie dobrej zabawy. Minimalizm nie jest wyłącznie wyświechtanym wyrazem, pustym znakiem, stworzonym na siłę  tym samym sposobem, jakim kreuje się sezonowe trendy. Pomaga żyć praktycznie, tworzyć coś z niczego, a to bez wątpienia umiejętności ponadczasowe.

Miłość po hindusku


Hindusi uwielbiają stan zakochania, wystarczy przyjrzeć się ich literaturze, filmom
i muzyce. Jednak koncepcja miłości w Indiach znacznie różni się od dobrze nam znanego, europejskiego wzorca. Studiujący w Polsce Mahesh opowiada Justynie Rogowskiej
o aranżowanych małżeństwach i miłości w wersji hinduskiej.

 – Jaki jest Twoim zdaniem najlepszy sposób na okazanie uczuć?
Najpiękniejszym dowodem miłości jest bezgraniczne oddanie. Szalenie romantyczne wydaje mi się poświęcenie własnych marzeń na korzyść drugiej osoby. Nie podoba mi się publiczne okazywanie uczuć, dom jest odpowiednim miejscem na czułe gesty.
– Jak opisałbyś hinduską koncepcję miłości?
Mężczyzna i kobieta są jak zmieszane mleko i woda, razem stanowią jedność. Pozornie proste porównanie doskonale określa ideę małżeńskiej stałości. Nie da się przecież oddzielić mleka i wody, które raz zostały połączone. To dzięki aranżowanym ślubom pary są tak dobrze dobrane.
– Chciałbyś by rodzice wybrali Ci przyszłą żonę?
–  Oczywiście, razem z dziadkami. Ich wiek idzie w parze z mądrością, poza tym znają mnie najlepiej, wiedzą jakiej kobiety potrzebuję.
– Jaka wobec tego powinna być żona idealna?
Powinna dbać o mnie i o moją rodzinę. Przez staranne wykonywanie obowiązków domowych okazuje się najszczersze uczucia.
– Czego natomiast nie mógłbyś wybaczyć swojej partnerce?
Przede wszystkim nigdy nie zaakceptowałbym braku szacunku dla mojej rodziny. Ukochana powinna pamiętać o tym, że bierze ślub nie tylko ze mną, ale z całą moją rodziną, bliskimi sąsiadami, czy też przyjaciółmi i także do nich kierować swoją troskę.
– A równouprawnienie? Pozwoliłbyś swojej żonie rozwijać się zawodowo?
Jak najbardziej, jestem bardzo tolerancyjny. Jeśli przyrządziłaby posiłek i należycie zadbała o dom, mogłaby wyjść do pracy.
– Taki podział ról do romantycznych raczej nie należy?
Dlaczego? W Indiach dzięki dbaniu o wartości rodzinne Dzień Zakochanych może trwać cały rok. Każdą chwilę wypełnia wzajemne poświęcenie i zrozumienie. A co najważniejsze, miłość jest trwała a małżeństwa nie kończą się rozwodem.

– Dziękuję za rozmowę i życzę udanych wyborów uczuciowych.

sobota, 18 lutego 2012

Między nami, między blokami

Odkąd zmieniłam miejsce zamieszkania, często słyszę od swoich gości,  że wchodzi się do mnie jak do prezydenta. Wejścia na posesję wokół bloku strzeże bramka z domofonem. Podobnie zabezpieczone są drzwi prowadzące na klatkę schodową. W wielu ludziach taki tor przeszkód wciąż budzi zdumienie.
            Kiedy cofniemy się w czasie dwadzieścia lat, zauważymy, że atmosfera na blokowiskach była zupełnie niepodobna do panującej obecnie. Sąsiedzi pukali do siebie z prośbą o szklankę cukru albo pożyczenie krzesła. Kiedy popołudniami panowie wspólnie dłubali przy samochodzie, a dzieci bawiły się na trzepakach, panie wpadały do siebie niezapowiedziane, żeby oddawać się gorącym plotkom. Kilka lat później określenie „wspólnota sąsiedzka” straciło swoje znaczenie.
            Istnieją jednak ludzie, którym zależy na rewitalizacji osiedlowych więzi. 25 stycznia w Teatrze TrzyRzecze przy ulicy Młynowej odbędzie się premiera spektaklu Modulor. To wydarzenie teatralne jest zwieńczeniem nietypowego projektu, mającego na celu ożywienie białostockich blokowisk. Jego bezpośrednim założeniem było zintegrowanie mieszkańców osiedla Piaski. Pośrednim, obudzenie wśród białostoczan refleksji na temat uśpionego potencjału bloków. W ramach dotychczasowych działań twórczych, można było uczestniczyć w nagrywaniu odgłosów zasłyszanych w wieżowcu, układaniu wierszy czy warsztatach efektownego fotografowania blokowisk. Koordynatorka projektu, Marta Jasińska mówi, że choć oficjalnie cała akcja ma się zakończyć na spektaklu i wystawie zdjęć, zostaną poczynione wszelkie działania, aby idea animowania blokowisk miała swoją kontynuację, nawet jeśli będą to przedsięwzięcia mniejsze.
            Domofony i kodowane bramki z pewnością nie kreują atmosfery ufności.  Trudno jednak walczyć z fizycznymi barierami stawianymi między ludźmi. Obudzenie ducha sąsiedzkiej wspólnoty może okazać się mimo wszystko dziecinnie proste. Wystarczy odrobina wiary w człowieka i odwagi, które zagwarantują nam częstszą wymianę uśmiechów albo ciekawą rozmowę w windzie zamiast milczenia i spuszczonego wzroku. Później, zapukanie do drzwi w chwili samotności, pójdzie już bardzo gładko.