niedziela, 22 kwietnia 2012

Warzywa tu nie wrócą


Od lat z zazdrością czytam kulinarne blogi, których autorki robią zakupy na targu. O świcie wsiadają na rowery, by kilka minut później wdychać aromaty świeżych jabłek, testować jędrność pomidorów  czy przebierać wśród pęczków ziół, wciąż mokrych od porannej rosy. Ja, po warzywa chodzę do pobliskiego spożywczaka. Sklep jest pod ręką, zakupy robię szybko, tylko jakiejś magii brak.
Ratusz, park, stadion sportowy czy centrum handlowe - to stałe elementy miejskiego krajobrazu. Podobnie jak targowiska. A w Białymstoku z nimi krucho. Bo, gwoli wyjaśnienia, mam na myśli targi warzywne. Takie, na których można również kupić jajko od szczęśliwej kury i swojski ser. Ulokowanych w środku miasta albo osiedlowych.
Legendarny bazar przy Jurowieckiej nie istnieje od kilku lat. Bardzo dobrze, bo choć mogliśmy tam zdobyć mydło i powidło, ryneczek (jak pieszczotliwie mówili mieszkańcy) zajmował kawał reprezentacyjnego miejsca, wyglądając i pachnąc przy tym wyjątkowo nieładnie. Nie brakuje mi bud z chińszczyzną, ale za warzywnymi straganami wzdycham z tęsknotą. Tyle gatunków dobrodziejstwa w jednym miejscu! Sprzedawczynie zachęcały do próbowania, która śliwka słodsza, twardsza, która będzie odpowiednia na dżem, a którą najlepiej schrupać na surowo.
Sceptycy powiedzą: e tam, owoców prosto od rolnika było tam jak na lekarstwo, większość to jedno paskudztwo kupione na giełdzie. Ja powiem: e tam, byli tam i typowi handlarze i prawdziwi rolnicy, ostatecznie wszyscy wychodzili zadowoleni.
Tymczasem miasto postanowiło przeprowadzić w swoim sercu skomplikowaną operację. W okolicy Jurowieckiej i Piłsudskiego powstaną drogi pierwszej klasy i przejścia podziemne. W miejscu słynnego targowiska pojawi się galeria. Nie sztuki, handlowa oczywiście. Znów będą butiki, restauracje i hotel. Będzie ładnie, czysto, nikt więcej w tej okolicy nie zatka nosa. Jednak warzywa tu nie wrócą. Nadal będę robić zakupy w spożywczaku i zazdrościć innym miastom.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012


Domorośli artyści wychodzą na ulice

Muminki atakują!

W ostatnich miesiącach, na białostockich murach mnożą się kolorowe malunki. Sztuka to czy akt wandalizmu? Jakiś czas temu, skręcając z ulicy M.C. Skłodowskiej w Waszyngtona, w moje oko wpadł najprawdziwszy obraz malarski. Nie mogę stwierdzić, że to, co ujrzałam było dziełem sztuki. Jednak fakt, że do banalnej metalowej skrzynki z plakietką ostrzegawczą "nie dotykać, urządzenie elektryczne", ktoś przytwierdził deskę ze strukturą gipsową pomalowaną w abstrakcyjne formy, jest dość niezwykły. Autor utworu plastycznego nie złożył na nim podpisu, nikt nie dołączył do obrazu informacji skąd i w jakim celu wziął się w miejscu tak powszednim. W przestrzeni Białegostoku coraz częściej pojawiają się pozbawione kontekstu rysunki. Na starym domu przy Staszica zamieszkały Muminki, a w tunelu na Składowej obserwują nas zielonogłowe stwory w czerwonych czapkach. W różnych punktach miasta możemy natknąć się na Mario, bohatera superpopularnej gry komputerowej. Na pierwszy rzut oka, to co widzimy wydaje się absurdalne, bo jaki związek z rozpadającym się budynkiem mieszkalnym ma bajkowa postać? Nie dość, że nie wiadomo o co chodzi, to jeszcze obrazki pojawiają się nielegalnie! – Miejskie mury nie są miejscem dla takiej sztuki, według mnie to zwyczajne niszczenie dobra wspólnego – mówi mijająca jeden z rysunków pani Maria Gryczko, emerytka. – A moim zdaniem takie malunki są ciekawą ozdobą szarego, miejskiego otoczenia – stwierdza 21-letnia Białostoczanka, Magdalena Popławska – czasem idziesz smutny, nagle widzisz na niepozornej ścianie taką zabawną żabę i od razu chcesz się uśmiechnąć. Odbijane na murach szablony, graffiti czy wlepki – małe naklejki, od lat poprawiają humory mieszkańcom miast. Są antidotum na nieprzyjemną estetycznie rzeczywistość. – Kiedy byłem w szkole średniej, podróże zdezelowaną komunikacją miejską nie należały do najciekawszych. Wtedy pojawił się pomysł aby nieco uatrakcyjnić rozklekotane wnętrza białostockich autobusów. Kilka arkuszy papieru przylepnego, zestaw cienkopisów i zaczęło się – mówi Piotr Zaik Zajkowski, pasjonat wlepkarstwa – później natykałem się na swoje dzieła w przestrzeni miasta, a widząc uśmiechy przechodniów, czułem się szczęśliwy i wiedziałem, że moja praca nie poszła na marne.

piątek, 13 kwietnia 2012

Mieszkalne rewolucje przy Krakowskiej


Otwarte pokoje cichej nauki, wymienione natryski prysznicowe to nie jedyne zmiany w akademiku przy ul. Krakowskiej. Studenci są zadowoleni i nareszcie czują się tam jak w domu.
14 marca opisywaliśmy trudne warunki w Domu Studenta nr 2 oraz fatalne relacje jego mieszkańców z kierownikiem. Studenci skarżyli się na smród w łazienkach, niewygodne łóżka i zamknięte pokoje cichej nauki. W ciągu miesiąca nastąpiło wiele pozytywnych zmian.
 – W łazienkach jest czysto, przebywanie w nich jest z pewnością bardziej komfortowe. Cieszą nowe natryski prysznicowe, stare odstraszały rdzawą powłoką – mówi mieszkaniec akademika.
 – Bardzo na plus oceniam relacje z kierownikiem, stał się bardziej otwarty na nasze prośby i sugestie – dodaje studentka historii.
 Sprawdziliśmy nowe warunki w akademiku. Dzięki naszej interwencji zaszło wiele zmian. Wymieniono niewygodne łóżka na nowe, zwolniono pokoje cichej nauki, wstawiono nowy stół do ping ponga.
– Jesteśmy zaskoczeni szybką reakcją na artykuł naszego kierownika – stwierdzają studenci. Okazuje się, że chcieć znaczy móc – dodają z zadowoleniem.

Wyluzuj się publicznie


Siedzę na wykładzie. Bardziej leżę, bo w sali znajdują się bordowe miękkie pufy, na których każdy układa części ciała tak, jak mają ochotę być ułożone. Brązowe ściany szczelnie pokryto obrazami młodych zdolnych, które miały zostać skazane na zapomnienie. Ciemne wnętrze rozjaśniają beżowe, szydełkowe koronki w oknach, pewnie kupione za bezcen na targu staroci. Przez herbaciane abażury lamp sączy się ciepłe światło. W tych okolicznościach, mogłabym słuchać jeszcze i jeszcze.
Rozmarzyłam się, przepraszam. Mija piąta godzina, odkąd przywarłam swoją tylną częścią ciała do twardego krzesła. W sumie nie mam pewności, czy nadal właściwie przywieram, bo wspomnianej części od dawna nie czuję. Plecy bolą niemiłosiernie. Wiercę się jak owsik, w nadziei, że istnieje pozycja, która przyniesie mi ulgę. Cóż, przez cierpienie do gwiazd. Próbuję skupić się na słowach wykładowcy. Niestety, z prawej strony ciągle atakuje mnie wielka, pusta ściana w kolorze majtkowego różu, z dziurą w tynku wydłubaną na samym środku. Chcę stąd wyjść.
Młoda białostoczanka, absolwentka poznańskiego wzornictwa, Marzena Rusiłowicz, postanowiła zadbać o nasze pupy, kręgosłupy i oczy. Zaprojektowała nie tylko wygodny, ale też ładny fotel "Luzak", stworzony po to, by móc się wyluzować. Latem, będzie udostępniany mieszkańcom na czas imprez kulturalnych.
To świetna wiadomość, bo w naszym mieście raczej nie miewamy szans na bliskie spotkania ze sztuką użytkową. Na każdym kroku doświadczamy estetycznego lekceważenia. Wszelkie instytucje są urządzane bezmyślnie, byle było na czym przysiąść. Aranżując takie wnętrza, nikt nie myśli o ich wpływie na samopoczucie, choć spędza się w nich czasem długie godziny.
Nikt mi nie wmówi, że winę za taką sytuację ponosi przymus oszczędności. Wystarczy uruchomić wyobraźnię  i rozejrzeć się, żeby zrozumieć jak niewiele wkładu pieniężnego wymaga atrakcyjne urządzenie miejsca, na przykład publicznego. Wystarczy chcieć.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

O warsztacie Karpowicza



Laureat „Paszportu Polityki”, nominowany do literackiej nagrody Nike. Znany, sławny, doceniany prozaik chętnie opowiada o warsztacie literata, zatwardzeniu twórczym i polowaniu na słowo. Z Ignacym Karpowiczem rozmawia Justyna Rogowska

Podobno nie znosi Pan pytań o literackie inspiracje. Wobec tego przekornie zapytam o książkę, która kiedyś mogła wzruszyć małego Ignasia, wstrząsnąć jego wrażliwą osobowość.
– „Król Maciuś na bezludnej wyspie” Korczaka sprawiła, że płakałem kilka godzin. W pewnym sensie ta książka zniszczyła mnie psychicznie. Zrozumiałem wtedy, że literatura może być potężna.
– Stwierdził Pan kiedyś przekornie, że czyta Pan na zmianę Pudelka i Lacana. Czym dla Pana jest popkultura?
– Wszelkie komercyjne twory bawią mnie do łez. W książkach takich jak „Zmierzch” zarówno autor, jak i czytelnik się odsłaniają. Popkultura to nie tylko emocjonalny ekshibicjonizm, to także zaspokajanie potrzeby świata jasnego, bliskiego.
– Wiem już zatem jaka literatura Pana śmieszy, jaka wzrusza. Pozostaje pytanie co Pana interesuje?
– Bywają to bardzo osobliwe lektury. W zależności od nastroju może to być historia literatury buddyjskiej lub miesięcznik „Traktor”, którego byłem wiernym czytelnikiem. Pracując nad powieścią, wielokrotnie dokształcam się w dziedzinie, w której specjalizuje się konstruowana przeze mnie postać. Jeżeli mój bohater jest specjalistą od fortyfikacji, czytam literaturę militarną.
– Proszę opisać dzień pracy pisarza? Wyznacza Pan sobie jakiś harmonogram?
– Około 6 rano budzi mnie mój pies, karmię go, sam też jem śniadanie i pomimo zmęczenia próbuję pisać, potem znowu idę spać. Jednak najbardziej efektywny jestem między północą a 3 w nocy, kiedy zaczadzony papierosami, z niezobowiązującą muzyką w tle, pracuję na pełnych obrotach.
– Jak wygląda zmaganie się z własnym warsztatem?
– Polowanie na słowo jest ciągłym szukaniem tematów, problemów, tytułów. Zazwyczaj stawiam na coś, co mnie interesuje, bywa przemilczane lub po prostu niewygodne dla społeczeństwa. Oczywiście, że dopada mnie czasem zatwardzenie twórcze, kiedy muszę się cofać w narracji, wyrzucać fragmenty powieści, opisywać dany wątek od nowa. Jednak najczęściej towarzyszy mi ciekawość. Pisząc, sam chcę się czegoś dowiedzieć.
–  Co Pan poradzi studentom, którzy chcą zacząć publikować? Czy droga z szuflady do redakcji pełna jest wyboista i długa?
– Pisma i wydawnictwa literackie nie są hermetycznym środowiskiem. Trzeba pisać, wysyłać i wierzyć w siebie. Chociaż odrobina pokory nie zaszkodzi. Jeśli kilka osób twierdzi, że wasze prace są do niczego, to prawdopodobnie mają rację.
– Studiował Pan w Warszawie. W debiutanckim „Niehalo” przedstawia Pan frustracje białostockiego studenta. Co Pan może wiedzieć o życiu studenckim w Białymstoku, skoro Pana tutaj nie było?
– Koledzy z liceum wylądowali na białostockiej polonistyce. Właśnie od nich otrzymywałem bardzo krytyczną relację. Nasłuchałem się o wykładowcach kuriozach, zatwardziałych w swych prawicowych poglądach, zacofanych, niechętnych zmianom. Cóż, nie trenowany umysł pracuje coraz wolniej.
– Czy Pan również dostrzega tak dużą liczbę białostockich absurdów rzeczywistości?
– W moim odczuciu Białystok jest takim samym miastem jak każde inne, nie widzę tu żadnych specyficznych zachowań. Zresztą uważam, że pula idiotów jest taka sama w każdym mieście. Jedynym zaskoczeniem jest brak wyraźnego akcentu na istniejącą w tym rejonie wielokulturowość.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Nigdy więcej pantomimy



Ten pierwszy dzień wiosny pamiętam jak dziś. Miałam trzy, może cztery lata. Mama zabrała mnie na przechadzkę. Co chwila, trzeba było zamykać moją pyzatą buzię, która rozdziawiała się w zachwycie. Ulicami, przemykali ludzie umalowani we wszystkie kolory świata, nieśli szmaciane kukły i śmiali się w głos. Urzekła mnie młoda dama w długiej spódnicy, zdobionej papierowymi kwiatami. Roztańczone, tęczowe wstążki w jej włosach hipnotyzowały i przenosiły z bezbarwnej ulicy Waryńskiego, do jakiejś nienazwanej, magicznej krainy.
Dwadzieścia lat później, 21 marca stoję na miejskim przystanku. Pod zadaszeniem tłoczą się ludzie, chyba przypadkowi, bo pewności nie mam - każdy z nich ma na sobie czarne buty, dżinsy i ciemną kurtkę. Wyglądają identycznie, może więc się zmówili, stanęli tu i tylko udają obcych sobie? Powaga na ich twarzach i uparte milczenie mogłyby potwierdzać, że jestem świadkiem pantomimy. Mijam tego dnia setki ludzi, ale nikt nie ma we włosach barwnych wstążek. Nigdzie nie dostrzegam szmacianej kukły, którą żegna się zimę. O, nad stawem zebrała się jakaś grupa, jednak ktoś jeszcze pamięta, że dzień dzisiejszy święcić trzeba! To chłopcy z pobliskiego technikum topią Marzannę w piwie. Kiedy pytam znajomych nastolatków, dlaczego nikt już nie wita hucznie wiosny, słyszę, że głupio tak wyjść wystrojonemu na ulicę, że to pośmiewisko, że bez sensu.
Bez wątpienia pewnego dnia zrobi się ciepło, nawet bez rytuałów przepędzających chłód. Wiosna to jednak nie tylko pora roku, to także stan umysłu. Wychodząc 21 marca w przebraniu na ulicę nie podnosimy temperatury powietrza, ale generujemy uśmiechy, które uzupełniają zapasy radości na wszystkie gorsze dni.
Spektakle mają skłaniać do refleksji. Jeśli więc ludzie spotkani na przystanku byli aktorami, są utalentowani, bo na długo wprawili mnie w zadumę. Choć jestem zwolenniczką sztuki w przestrzeni publicznej, jedno wiem na pewno: nie chcę oglądać smutnych pantomim na przystankach.