wtorek, 29 maja 2012

Dyplomowani twórcy klimatu


Słyszysz hasło "warsztaty designu" i myślisz: wyższa szkoła jazdy, to nie dla mnie. Design - słowo wciąż dla wielu brzmi dość mgliście, nowocześnie, podejrzanie. Za bardzo zajeżdża angielszczyzną. Kiedy usłyszałam o zajęciach w Galerii Arsenał pomyślałam, że białostoczanie ominą słowo na "d" wielkim łukiem. Niedawno odbyło się tam spotkanie, na którym amatorzy pod okiem profesjonalistów zaprojektowali meble. I nie jest to wyłącznie sztuka dla sztuki, bowiem pomysły zostaną zrealizowane, a gotowe obiekty wypełnią wnętrze jednej z sal galerii. Pewnie będzie z czego wybierać, bo zainteresowanie warsztatami było niemałe. Zabrakło miejsc.
Na tego typu akcje, w których wyciąga się rękę do przeciętnych chlebozjadaczy, reaguję ogromnym entuzjazmem. Czasem bowiem trzeba strącić sztukę z piedestału i udowodnić szerokiemu społeczeństwu, że nie święci garnki lepią. Frekwencja wspomnianego błyskawicznego kursu designu skłoniła mnie do pewnej, dość luźno związanej z tym tematem, refleksji. Białostoczanom najwyraźniej nie brakuje twórczego zapału, są gotowi obcować ze sztuką, bawić się w kreatorów. Dlaczego więc nie mamy uczelni wyższej albo przynajmniej wydziału, który kształciłby w zakresie sztuk wizualnych?
Białystok to dość duże miasto, nazywane studenckim, aspirowało do miana europejskiej stolicy kultury, więc dość niezwykłym jest fakt, że nie można w nim podjąć studiów artystycznych. Kształcimy lekarzy, prawników, filologów i informatyków, ale nie artystów. Można u nas studiować nauki humanistyczne, społeczne i ścisłe, ale już nie sztukę, a są to cztery równie istotne sfery kształcenia, które powinno się traktować z jednakową uwagą.
Podobno do bycia artystą nie potrzebny jest dyplom. Człowiekiem sztuki jesteś, jeżeli się nim czujesz. Jednak gdzie studia artystyczne, tam specyficzny mikroklimat. Miejsce przesiąka energią wrażliwych dusz. Powstają rozmaite środowiska twórcze, co wpływa na obraz miasta widziany z zewnątrz, ale także inspiruje "tutejszych". Solidna szczypta ludzi z wyobraźnią i stale bijące źródło inspiracji może zastąpić niejedną kosztowną kampanię promocyjną naszego miasta.

Egzamin niedojrzałości


Moje ręce ubrudzone po łokcie ciężko pracują, wyrabiając ciasto na chleb. Mnie to sprawia przyjemność, uwielbiam piec. Większość jednak woli pieczywo gotowe, ze sklepu. Niebawem wszyscy będą musieli zgłębić tajniki wyrabiania kajzerek, bo piekarza w Polsce nie uświadczysz.
Maj, dla jednych najpiękniejszy miesiąc roku, wszystko kwitnie, przyroda odurza zapachami, słońce w końcu solidnie rozgrzewa zmarznięte po zimie kości. Innym jednak miesiąc ten kojarzy się mniej pozytywnie. Abiturienci, spięci, przejęci, pod szyję zapięci opanowali miasto. Nerwowo palą papierosy, wymieniają najświeższe "przecieki" i znikają w budynkach szkół. Za chwilę udowodnią swoją dojrzałość.
Dzisiejsza matura to nie tylko finał edukacji w szkole średniej, ale również przepustka na studia. Wyniki egzaminu dojrzałości powiedzą ci, na jakiej jakości przyszłość zasługujesz. Tak do wielkiego majowego sprawdzianu podchodzi większość uczniów. Muszę zdać jak najlepiej, bo jeśli powinie mi się noga, nie dostanę się na świetną uczelnię albo (nie daj Boże!) na jakiekolwiek studia! A wtedy totalna klapa, zerowy prestiż, żadnych perspektyw na dobrze płatną pracę. No tak, bo przecież każdy pan magister opływa w luksusie.
Niezwykłe  mamy społeczeństwo. Co roku tysiące absolwentów narzeka na niegodne zatrudnienie, a młodzi uparcie walą na uczelnie wyższe drzwiami i oknami mając nadzieję, że to fabryki milionerów. Na drugim roku studiów zaczyna się lament. A że w Polsce nikt nie chce ludzi mądrych, że życie takie niesprawiedliwe, a los wskazuje palcem londyński zmywak. Magister się nudzi, a w piekarni za rogiem nie ma kto upiec bułek. Bo "piekarz" brzmi mniej godnie, niż bezrobotny socjolog.
Najwyższy czas porzucić masowo uprawianą w naszym kraju studiofilię. Zaliczamy po łebkach pięć kierunków tylko po to, aby pewnego dnia otrzymać pięć papierków. Uparcie wierzymy w ich moc, choć rzeczywistość coraz częściej pokazuje, że papier najlepiej sprawdza się w toalecie.

piątek, 4 maja 2012

Walczę z sąsiadem, bo jeżdżę jednośladem


Pierwszy ciepły dzień sprawił, że Białymstokiem zawładnęli rowerzyści. Tłoczyli się na ścieżkach, łykając wiosenne powietrze. Ludzie mali i duzi, panie i panowie, grupowo i w pojedynkę - wszyscy pędzili przed siebie. Jednośladem jest bowiem szybko, zdrowo. Puls przyśpiesza, wydzielają się hormony szczęścia, świat staje się piękny. Do czasu. Na przykład do momentu, w którym trzeba zaparkować.
Jest taki stojak, podobno dla rowerów. To ulubieniec białostockiego magistratu, ustawiany masowo w centrum miasta. Rowerzystom również nie jest obojętny, dlatego czule go nazwali - wyrwikółko. Publikowanie zdjęć powyginanych kół i kilkuletnie błaganie o nie ustawianie tego "wspaniałego" wynalazku, spełzło na niczym. Pod budynkiem Uniwersytety Medycznego przy ulicy Szpitalnej stanął lśniący nowością, kilkumetrowy wyrywacz kółek.
Cyklistów w naszym mieście się nie lubi. Od miesięcy, mój sąsiad-anonim zostawia na rowerach listy. Musi to być bardzo gruby sąsiad, bo przeszkadza mu jednoślad przytulony do ściany szerokiego na trzy metry półpiętra. W wielkanocną niedzielę przykleił na parterze karteczkę: "rowerzysto! sprzątaj po sobie piach i błoto!". Na podłodze klatki, cuchnącej od spalin z podziemnego parkingu, wśród mnóstwa odcisków brudnych butów widniał niewielki, piaszczysty ślad opony. Buty jednak nosi każdy, a samochód to rzecz niezbędna! Ale jeśli masz kaprys, żeby jeździć tym swoim bicyklem, to sprzątaj po sobie niechluju i nie licz na sprzątaczkę, którą co miesiąc opłacasz!
Rower jest ciągle kosmicznym pojazdem, trudnym do zaakceptowania na ulicy. A to całkiem zwyczajny środek lokomocji, coraz częściej wybierany przez białostoczan. Zmiany w naszym mieście i mentalności mieszkańców nie następują proporcjonalnie do rosnącej liczby użytkowników jednośladów. Bezużyteczne stojaki, ścieżki prowadzące donikąd - to tylko kropla w morzu przykładów lekceważenia. Wsiądźmy na rowery i zalejmy miasto! Nie chcą nas zauważać pojedynczo, ale inwazji nie przeoczą.